Żeby napisać ten post zbieram się już dobrych kilka tygodni, ale standardowo wiecznie brakuje mi czasu. Zaczynałam już „właśnie wracamy ze Lwowa”, „dopiero wróciliśmy do domu”, „minęło kilka dni od naszego powrotu”, ale teraz żaden z tych początków nie jest już aktualny.

Długo też zastanawiałam się, jaką formę powinien przybrać ten post – czy powinnam napisać Wam przewodnik po Lwowie, opisać nasze wrażenia, czy może skupić się na podróżowaniu z dzieckiem. Chyba udało mi się połączyć wszystkie te aspekty i stworzyć plan ostateczny. Pokażę Wam Lwów moimi oczami, zobaczycie zdjęcia z obu naszych wyjazdów, co nawet dobrze się składa, bo w ten sposób uda mi się pokazać Wam najważniejsze miejsca (a nie zawsze aura pogodowa sprzyjała robieniu zdjęć – na przykład kiedy drugim razem weszliśmy na Wysoki Zamek to była taka mgła, że panoramy miasta po prostu nie było).
Lwów to miasto z klimatem, do którego chętnie się wraca i w którym my, Polacy, czujemy się jak w domu. Pierwsza nasza wycieczka może nie wywołała przysłowiowego WOW, bo tak naprawdę nie poczuliśmy się jak za granicą, ale drugi raz i poznawanie miasta z dzieckiem, nieznającym w ogóle cyrylicy, kultury i tradycji otworzył nam oczy na zupełnie inne rzeczy. Przyznam Wam szczerze, że poczułam tę dziecięcą fascynację i cieszę się, że mogłam dostrzec rzeczy, które do tej pory wydawały mi się normalką. A tutaj jaraliśmy się wszystkim, nawet widokiem celnika, a przejście przez granicę (na pieszo! O 5 rano!) okazało się atrakcją wyjazdu.

Zacznę może od początku: pierwszy nasz wyjazd był mniej więcej w połowie listopada – pojechaliśmy samochodem z przyjaciółmi, którzy akurat wybierali się do Lwowa na wesele i postanowili zabrać nas ze sobą. Powiem Wam, że to super mieć znajomych ze Wschodu, bo pomijając już aspekt językowy, naprawdę można zauważyć sporo różnic kulturowych. Okazało się, że dużo łatwiej przejechać samochodem przez granicę, jeśli na pokładzie są Polacy (wtedy przestałam się łudzić, że zabrali nas ze sobą z sympatii). Nie wiem, czy to standard w podróżach na Wschód, ale absurd towarzyszy im od początku do końca. A może to ja przyciągam takie zdarzenia. Na granicy rozładował nam się akumulator, a jeszcze nocą dostaliśmy info od hostelu, że zapomnieli, ale nasz pokój jest już zarezerwowany, bardzo przepraszają, ale no musimy znaleźć coś innego. Już nawet nie chciało mi się wkurzać.
W ciągu dwóch dni przeprowadzaliśmy się trzy razy, ale TO JE UKRAINA. I nie ma w tym ani cienia wrogości, wręcz uśmiecham się na wspomnienie tych wszystkich absurdów. A w dzień wyjazdu, kiedy musieliśmy zwolnić ostatni, zajmowany przez nas pokój, pojawił się problem z przechowaniem bagażu, więc zostawiliśmy go w kiosku u babci (nie mogliśmy zostawić w samochodzie, bo z powodu wątpliwie działającego akumulatora lepiej było nie zamykać drzwi).
Drugi wyjazd był już bardziej rozsądny: zabraliśmy siostrę Patryka na Nowy Rok we Lwowie i to chyba była najfajniejsza rzecz, jaka zdarzyła się w 2017. Gdybyście widzieli tę radość… Jeśli ja cieszyłam się tak samo, kiedy moja siostra zabierała mnie na wszystkie wyjazdy, to zazdroszczę Pauli tego widoku. Serio, super sprawa.

Tym razem zwiedzaliśmy Lwów na spokojnie, dużo (bardzo) jedliśmy, byliśmy w cyrku (mimo, że trochę bałam się widoku męczonych zwierząt, to naprawdę przyjemnie się zaskoczyłam – główną atrakcją byli jednak akrobaci, a zwierzaki – psy, koty i koń bardziej bawiły się z właścicielami, niż wykonywały pokazowe sztuczki). Na miejscu spotkaliśmy się z przyjaciółmi, którzy też w tym roku postawili na Lwów i było naprawdę świetnie. A Patrycja była zachwycona, że może „poimprezować” z „dorosłymi”. Pewnie pamiętacie imprezy rodziców, kiedy nie musieliście iść spać o 22, tylko 0 23.30 i w dodatku posiedzieć przy stole! Pierwszy krok w stronę dorosłości.

Każdy z tych wyjazdów był inny, chociaż zwiedzaliśmy podobne miejsca. Przejdę już do konkretów – dla wszystkich, którzy do Lwowa się wybierają i dla tych, którzy byli i chcą skonfrontować swoje opinie. Poniżej mapa wyjazdu, robiona przez nas:

TRANSPORT

Oczywiście zależy kto, co lubi, ale ja wybieram autobus. Do Lwowa możecie się dostać właściwie każdym środkiem transportu:

  • samochodem (na pewno wygodnie, zabieracie z powrotem cały bagażnik słodyczy, a jak się postaracie, to przywieziecie też majonez),
  • autobusem (jesli jechać nocą, to rozkładacie się na siedzeniu i budzicie dopiero na miejscu. No chyba, że mowa o powrocie do Polski – wtedy raczej będziecie zmuszeni przejść granicę pieszo),
  • pociągiem (też bardzo przyjemna opcja, szczególnie dlatego, że nie stoicie na granicy – cała kontrola odbywa się w trakcie jazdy),
  • samolotem – jeśli znajdziecie odpowiednią promocję, to podóż samolotem wyjdzie Wam cenowo porównywalnie do autobusu, a na pewno to najszybszy środek transportu.

My wybraliśmy autobus głównie dlatego, że organizowaliśmy wyjazd 3 dni przed i nie mieliśmy już innej możliwości. Autobus do Lwowa kosztuje około 80 zł w jedną stronę, ale jeśli szukać odpowiednio wcześniej, to naprawdę można znaleźć ciekawą ofertę. Tak się złożyło, że na Nowy Rok cała nasza grupa dotarła wszystkimi środkami transportu i cenowo kształtowało się to bardzo podobnie. Na pewno, jeśli planujecie spontaniczny wyjazd, na przykład jutro, to najprawdopodobniej w grę wchodzi tylko autobus.  Mnóstwo przewoźników oferuje teraz kursy na Wschód, np. Ecolines, czy BusFor (bilety można znaleźć już od 75 zł).

RESTAURACJE WE LWOWIE

Nie bez przyczyny restauracje zdecydowałam się opisać Wam na samym początku. To chyba właśnie one najbardziej zapadły mi w pamięć. Wyobraźcie sobie stare kamienice, które są CAŁKOWICIE zagospodarowane pod restaurację – od piwnicy, aż po dach, na którym nierzadko znajduje się taras widokowy. Magia tych miejsc sprawia, że chcecie tam wrócić – dla jedzenia, dla klimatu, dla pomysłu. Poniżej znajdziecie kilka miejsc, które, moim zdaniem, musicie odwiedzić! Od razu uprzedzę – kiedy my byliśmy na Ukrainie, to ceny były bardzo zbliżone do tych w Polsce, może odrobinę taniej.

Kryivka – pl. Rynek 14, swojska kuchnia ukraińska
Na pewno to miejsce zaskoczy Was bardziej, niż pozostałe. Do restauracji wpuści Was żołnierz z karabinem, ale tylko pod warunkiem, że znacie hasło. Jak już dostaniecie się do środka to poczęstują Was kieliszkiem wódki miodowej. Kuchnia przepyszna – zupy, kiełbasy, dania zapiekane, a wszystko to podane na metalowych talerzach. Wewnątrz znajciecie mnóstwo broni i mundurów żołnierzy, w których możecie zrobić sobie zdjęcie. Wychodzicie przez podziemny bunkier, który poprowadzi Was na dach. Chyba NAJLEPSZE miejsce we Lwowie.

Livy Bereg – pl. Svobody 28 – wejście z prawej strony Opery
Niezłą zagadką okazało się dla nas znalezienie wejścia do restauracji – pomimo, że to Lewy Brzeg, to znajduje się z prawej strony od wejścia do Opery – na lewym brzegu rzeki Pełtwi. I to, co kochamy we Lwowie – już od wejścia czujecie klimat tego miejsca. Przechodzicie długim, drewnianym mostem nad „rzeką”, przy wejściu witają Was akwiaria z pływającymi rakami. Za danie dla trzech osósb – patelnię raków, z sosem i zapiekanymi warzywami zapłaciliśmy niecałe 20 zł. Najedliśmy się okropnie! Niestety zdjęć mamy bardzo mało, bo walczyliśmy ze skubaniem mięska. Ale było pycha i naprawdę warto tutaj zajrzeć.

Dom Legend – ul. Staroievreiska 48, kuchnia ukraińska
Nie będę Wam wiele zdradzać, bo zepsuję Wam tym całą niespodziankę. Nazwa restauracji już naprawdę wiele podpowiada. W tym miejscu poczujecie się, jak w bajce. Każda sala poświęcona jest innej tematyce, na dachu stoi start trabant, w którym możecie zrobić sobie zdjęcie i podziwiać panoramę miasta. Dodam tylko, że w restauracji obsłużą Was karły. Jedzenie bardzo smaczne, ceny bardzo przystępne. I koniecznie wejdźcie do toalety – nawet jeśli ktoś będzie się z Was śmiał.

 

 


Gazowa Lampa
– ul. Virmenska 20, kuchnia ukraińska


Bardzo przyjemna restauracja, przepyszne sało, które okazało się smakiem wyjazdu dla 11-letniej dziewczynki (!!!). Dziecko, jedzące słoninę ze szczypiorkiem to chyba dziś nieczęsty widok. Bardzo ciekawy sposób podania alkoholu – w kolorowych probówkach. My się ekscytowaliśmy cukrem, podanym na wadze.

Lwowska Fabryka Czekolady – ul. Serbska 3
Ci, którzy mnie znają to wiedzą, że mogę zapomnieć telefonu, ale batonik w kieszeni mam zawsze. KOCHAM CZEKOLADĘ i naprawdę nigdy, przeprzeprzenigdy nie jadłam takich pyszności, jak właśnie we Lwowskiej Fabryce Czekolady. Znowu ukaże się przed Wami ogromny budynek, składający się z kilku pięter i na każdym jest coś innego. Trufle, czekoladki, orzechy w czekoladzie – innymi słowy, czekolada w każdej postaci. Na samej górze jest kawiarenka, gdzie możecie spróbować czkolad pitnych, kawy z czekoladą i deserów czekoladowych. Aż mi słodko na samą myśl. Weźcie koniecznie roztopioną gorącą czekoladę bez żadnych dodatków. Dałabym się za nią pokroić. Chyba nigdy nie napisałam tekstu, w którym tyle razy użyłabym słowa czekolada. Ceny też ok.

Lwowska Kopalnia Kawy – pl. Rynek 10
Bardzo ciekawe miejsce, gdzie „wydobywa się” kawę. Możecie własnymi oczami zobaczyć cały proces –  przejść do podziemnej kawiarni, zobaczyć, jak mieli się kawę i praży ziarna. Na końcu możecie kupić pięknie zapakowane wyroby kawowe – likiery, miody kawowe, przyrawy do kawy. Ceny przystępne, a produkty naprawdę najwyższej jakości.

Pierwsza Lwowska Grill-Restauracja Mięsa i Sprawiedliwości – ul. Valovaya 20
To jest miejsce, dla którego na pewno wrócimy do Lwowa. Podczas naszego pierwszego wyjazdu trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem (kiedy po raz 3 zmienialiśmy mieszkanie i okazało się, że musimy przeczołgać się z walizkami przez pół miasta, bo właściciel dopiero za godzinę będzie na miejscu). Nie zdążyliśmy nawet nic zamówić, bo akurat byliśmy świadkami, jak kat więził w klatce młodą dziewczynę. Widowiskowo! Restauracja ma naprawdę niesamowicie klimatyczny wystrój – średniowieczna karczma, narzędzia tortur i bardzo realistyczny kat. Z opinii znajomych wiemy, że jedzenie pierwsza klasa – pyszne, grillowane mięsko w każdej postaci. Aż ślinka cieknie!

Masoch Cafe – ul. Serbska 7
Niestety nie mieliśmy okazji próbować dań w tej restauracji, ale wybraliśmy się tam bardziej w formie wycieczki. Na pewno Masoch rzuci Wam się w oczy, bo przed drzwiami ustawiają się tłumy turystów. Przywita Was również sam Leopold Ritter von Sacher-Masoch – austriacki pisarz, od którego wywodzi się pojęcie masochizmu! Zresztą nie bez przyczyny! Potwierdzi to sam wystrój restauracji, ale lepiej bądźcie grzeczni – kelnerki wyposażone są w pejcze, więc nie wiadomo, jak skończy się wasza wizyta w Mazochu.

Loża Masońska (The Most Expensive Galician Restaurant) – pl. Rynek 14
W Loży Masońskiej byliśmy tylko na kawie, ale tak to jest, jak w tydzień chce się odwiedzić wszystkie restauracje we Lwowie. Po pierwsze, niełatwo tam trafić. Znajduje się tuż nad Kryivką, ale trzeba wiedzieć, w które drzwi zapukać. Nie chcę zdradzać Wam atrakcji, ale musicie być naprawdę pewni, że przyszliście we właściwe miejsce, inaczej możecie nie wejść do środka. Wystrój bardzo elegancki, widok z okien na główny rynek – magia! I ceny przerażające! Kawa za 99 zł? Możliwe! Ale jeśli macie kartę stałego klienta to dostaniecie rabat -90%. Warto zajrzeć do toalety, bo w domu takiej na pewno nie macie!

CO WARTO ZOBACZYĆ WE LWOWIE?

Rynek, na którym znajduje się wiele restauracji, sklepów, obiektów architektury. Warto zajrzeć również do Ratusza – na górze znajduje się przepiękny taras widokowy, z którego zobaczycie panoramę całego miasta.

Na Rynku i na pobliskich uliczkach znajdziecie również:

  • Apteka Muzeum – ul. Stavropihiiska 3
    Najstarsza apteka we Lwowie, która nadal działa! Możecie zobaczyć zabytkowe fiolki, ale też kupić lekarstwa. Wstęp, oczywiście, free.

  • Włoskie podwórko – pl. Rynek 6
    Jak przechodząc przez bramę znaleźć się we Włoszech? Całkiem bezproblemowo!

  • Cerkiew Św. Piotra i Pawła – ul. Teatralna 11
  • Kaplica Boimów – ul. Katedralna 1
  • Katedra Ormiańska – ul. Virmenska 7/13
  • Teatr Opery i Baletu – pl. Svobody 28

  • Lwowski Cyrk Państwowy – ul. Gorodotska 83
    I tutaj muszę napisać słów parę, bo pewnie w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby wybrać się do cyrku. Głównie dlatego, że bardzo nie lubię oglądać męczonych zwierzaków, a poza tym… kto chodzi do cyrku. Tym razem poszliśmy ze względu na Patrycję, która w Operze maksymalnie wytrzymałaby pierwszy kwadrans pierwszego aktu. I powiem Wam, że jestem niesamowicie szczęśliwa, że jednak postawiliśmy na cyrk. Dzięki Bogu były jeszcze wolne miejsca, ale dzień później, kiedy szukaliśmy biletów dla znajomych – sala była pełna! Mieliśmy bardzo dobre miejscówki, a za osobę zapłaciliśmy ok. 25 zł. Zwierzęta, które występowały to właściwie tylko psy i koty, które bardziej bawiły się ze swoimi właścicielami, niż wykonywały sztuczki. A poza tym, obudziła się we mnie mała dziewczynka i naprawdę to wyjście do cyrku bardzo mnie wzruszyło. Polecam Wam serdecznie! My trafiliśmy na przedstawienie noworoczne, więc był i Święty Mikołaj i sanie, i czuć było tę świąteczną atmosferę.

  • Sobór Św. Jura – plac Świętego Jura 5 – zaraz obok Cyrku

  • Wysoki Zamek – ul. Wysoki Zamek
    Naprawdę warto wybrać się na Wysoki Zamek, bo widok na miasto zapiera dech w piersiach!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • The Cult – ul. Chaikovskoho 7
    Bardzo symatyczne miejsce na piwo, alkohol, sziszę. Jedzenie też naprawdę w porządku, chociaż to bardziej klub, niż restauracja. I oczywiście atrakcja wieczoru, czyli KARAOKE! Byliśmy tam dwa razy – za pierwszym razem trafiliśmy na koncert muzyki na żywo – wybawiliśmy się prawie do zamknięcia klubu. Oczywiście później też zaczęło się karaoke. Drugim razem zarezerwowaliśmy stolik dla dużej grupy (11 osób) i okazało się, że otrzymaliśmy osobną, zamkniętą salę tylkodo naszego użytku (można powiedzieć, że z bonusem w postaci bodyguarda za drzwiami). Nie do końca o to nam chodziło, ale pani kelnerka (która nieźle mówiła po polsku, więc bez problemu się dogadliśmy) obiecała, że jak tylko zwolnią się miejsca, to przeniosą nas do sali ogólnej. I takim sposobem zostaliśmy w The Cult do rana i śpiewaliśmy hity w każdym języku. A co nas dodatkowo zdziwiło – wódkę sprzedaje się na gramy w szklanych karafkach.
  • Cmentarz Łyczakowski – ul.  Mechnykova 33
    Przepiękny, historyczny i jednocześnie najstarszy cmentarz we Lwowie, na którym spoczywa wielu Polaków, m.in.: Maria Konopnicka, Juliusz Makarewicz, Gabriela Zapolska. Oprócz tego, zobaczycie także sektor Orląt Lwowskich, wiele zapierających dech w piersiach mogił żołnierzy, literatów, działaczy politycznych.

Pierwotnie w naszym planie nie było zwiedzania cmentarza, trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo (ale to dziwna i dość długa historia), ale absolutnie nie żałujemy. Tak naprawdę chcieliśmy iść do Szewczenkowskiego Gaju, ale nie mieliśmy już pieniędzy i pani nas nie wpuściła, więc poszliśmy na cmentarz, a tam pan był bardziej życzliwy i wpuścił nas za cukierka. A, że zaczynało się już ściemniać, to poszliśmy do baru naprzeciwko, gdzie spotkaliśmy Vladymira – lekko wstawionego pół Polaka, pół Ukraińca. Właściwie nie do końca wiemy, kim był, bo mówił też o rodzinie w Miami, ale spędziliśmy z nim długie godziny na pogawędkach i wymianie anegdot. Mówiłam Wam już kiedyś, że przyciągam dziwnych ludzi i dziwne zdarzenia?

Tym akcentem chyba zakończę. Nie wykluczam, że może jeszcze coś przyjdzie mi do głowy i dopiszę w wolnej chwili. Kto z Was był we Lwowie? Czym możecie się podzielić? Co możecie mi podpowiedzieć, żebym dodała do naszej listy?